| |
|
Znieruchomiał
ze szklanką w dłoni, a potem wolno odwrócił głowę.
– Skąd wiesz?
– No bo to jest reklama
nowego urządzenia dla cukrzyków. To umie bezboleśnie wstrzykiwać jakąś
im..., in..., suli..., sumi...
– Insulinę – sprostował i
odetchnął.
– No przecież mówię. „O3” znaczy „Оденъ и Забудъ”, czyli załóż na rękę i zapomnij, że
masz cukrzycę. Taki slogan. Zresztą wszystko możesz znaleźć w Sieci. O,
tu jest adres. – Podała mu kopertę i spoważniała. – Czy to jest
zaraźliwe, Henry?
– Nie. Absolutnie nie –
zaśmiał się. – Dlaczego pytasz?
– No bo wtedy by były nici z
naszej znajomości – zachichotała. – Wiesz, jak jest, Henry. Dziś trzeba
uważać.
Nie odpowiedział. Jednym
haustem dopił colę, a potem wziął ją za rękę i pociągnął w stronę sali.
Gdy znaleźli się na parkiecie, objął ją w talii i przylgnął starczym
ciałem do wystających piersi, a zaplecione z tyłu dłonie wbiły się w
jej pośladki, jak szpony orła w miękką jagnięcinę. Później przycisnął
ją mocno i wtulił głowę w przestrzeń między barkiem a szyją. Tańczyli.
Irina była obojętna i lekko znudzona; on wręcz przeciwnie: zamknął oczy
i chciwie wdychając zapach młodości, niezdarnie przestępował z nogi na
nogę. Gdy piosenka się skończyła, odsunął ją, wziął za ręce i
pożądliwie spojrzał w okrągłą twarz rosyjskiej chłopki.
– Idziemy do mnie.
Popatrzyła uważnie, jakby
szacowała stopień jego napięcia, a potem wzięła się pod boki i nadąsała.
– Bez szampana nie idę.
– Dobrze, niech będzie i
szampan. – Mężczyzna wyciągnął przed siebie ramiona, przylgnął do niej
i zbliżył wargi do ucha. – No chodź. – Naparł delikatnie, ale ciągle
stawiała opór.
– Szampan i dwie stówy –
powiedziała hardo.
– OK, a teraz chodź.
Uległa. Trudno powiedzieć,
czy sprawił to urok siwiejącego Angola z brzuszkiem i uwiądem starczym,
czy też ważniejszą rolę odegrały bardziej przyziemne czynniki. W każdym
razie poszła z nim.
– Nieźle mieszkasz –
powiedziała kilka pięter wyżej, przekraczając próg. Weszła do środka i
zatrzymała się przy skórzanej kozetce. – To chyba apartament
prezydencki, co, Henry? Jeśli tak, jesteś najbogatszym lekarzem,
jakiego znam.
– A co tam, Irina, stać mnie.
– Mężczyzna zamknął drzwi na klucz i podszedł bliżej. – Młody już nie
jestem, dzieci nie mam, to coś trzeba robić z pieniędzmi, no nie?
Siadaj – Popchnął ją lekko, a sam usiadł na fotelu naprzeciw i zajął
się szampanem stojącym w cebrzyku z lodem. Dziewczyna zachichotała i
ciężko upadła na kanapę. Była już na lekkim rauszu. Przed oczami
mignęły mu zakończenia pończoch i fragment majtek z białej koronki.
– No więc jesteś z Londynu,
Henry? – zapytała, zdejmując buty.
– Tak.
– No i jak się udała
konferencja?
– Jaka konferencja?
– No ta, od nerkochirurgów.
– Neurochirurgów – poprawił
ją.
– Przecież mówię.
– W porządku, Irina, ale nie
mówmy o pracy. Napij się jeszcze.– Podał jej kieliszek.
– A ty?
– Ja muszę liczyć procenty.
Choroba nie wybiera.
– No to wypiję sama –
zaśmiała się. – Na zdrowie.
– Na zdrowie, Irina. Mnie
czekają dziś inne przyjemności, no nie? – Zatarł dłonie, podniósł się z
fotela i usiadł obok niej. Nie oderwała jeszcze kieliszka od ust, gdy
bezceremonialnie wsadził jej dłoń pomiędzy grube uda. Zacisnęły się
automatycznie, ale dziewczyna nie broniła się specjalnie. Odstawiła
puste naczynie na stolik i popatrzyła na niego równie
romantycznie co pień drewna na piłę tarczową.
– Aleś ty prędki.
– Masz rację. Za prędki. Idź
się wykąp, a później uperfumuj i wymaluj. Tylko mocno.
– Jak dziwka, proszę pana? –
Irina podciągnęła obydwie dłonie pod brodę, przybierając pozę króliczka
robiącego stójkę i zatrzepotała rzęsami jak niewinna dziewczynka.
– Jak droga dziwka – zaśmiał
się. – Ja muszę jeszcze coś załatwić. – Poufale klepnął ją w pośladek,
a później wstał i podszedł do stolika. Obok cebrzyka z szampanem leżał
przedmiot przypominający skórzaną teczkę na akta. Pad był grubości
około centymetra i miał luksusową skórzaną oprawę. Mężczyzna podniósł
go i ruszył do drugiego pokoju.
– Będę za kilka minut –
rzucił za siebie, zamykając drzwi.
Pod oknem stało niewielkie
biurko. Usiadł za nim, położył pada na blacie, a potem nalał sobie wody
ze stojącej obok lampki karafki i wyciągnął z paczki camela. Przypalił
go, zaciągnął się i dopiero wtedy podniósł wieko. Otwarty pad
przypominał archaiczne laptopy. Na ekranie grubości tektury pojawiło
się trójwymiarowe logo producenta sprzętu, ale dolna, pokryta gumowatą
substancją powierzchnia była ciągle szara i płaska. Dźwięk pojawił się
po kilku sekundach.
– Aktywacja startowa. –
Blaszany głos płynął z umieszczonych po obu stronach ekranu
głośniczków, a z płaskiej powierzchni zaczęły się podnosić niewielkie
zgrubienia w kształcie klawiszy. Rosnąc zmieniały barwę i kształt. Na
szczycie każdego z nich pojawiła się niewielka niecka, a w niej litera,
cyfra albo inny znak, i po chwili płaszczyzna doskonale imitowała
staromodną klawiaturę komputera. Przycisków było jednak mniej i
wystawały nie wyżej niż na dwa milimetry.
– System aktywny. Proszę się
zalogować. – Na ekranie pojawiło się typowe okienko identyfikacyjne z
miejscem na nazwę użytkownika i hasło. Mężczyzna położył dłonie na
klawiaturze i wpisał „c.#ek”. Później przeszedł poziom niżej i z
pamięci wstukał dziesięcioznakowe hasło.
– Witaj Sidothaszek.
– Witaj – odparł c.#ek. –
Ktoś mnie szukał, czegoś chciał?
– Brak połączenia z Siecią.
Mężczyzna kiwnął
automatycznie głową, jakby rozmawiał z człowiekiem, a potem sięgnął do
kieszeni i wyciągnął komórkę. Odblokował ją i położył obok pada.
Urządzenia natychmiast zaczęły się komunikować, co objawiało się
migotaniem diody na górze telefonu i potokiem cyfr na ekranie.
– Połącz się z Camelem –
powiedział.
Choć wyglądało to prosto, to
gdzieś tam, w cyfrowym świecie, którego złożoności nie podejrzewała
większość mieszkańców planety Ziemia, działo się bardzo wiele. Najpierw
system operacyjny pada wydzierżawił kanał komunikacyjny od jednego z
lokalnych operatorów telefonii komórkowej. Trochę się targował, ale w
końcu zbił cenę, strasząc przejściem na łącze satelitarne. Później
dziesiątki kolejnych maszyn, żonglując pakietami i taryfami, próbowały
zestawić połączenie, przekazując sobie parametry i kłócąc się zawzięcie
o każdy cent i bajt. Sygnał był kilka razy w powietrzu, dwukrotnie
zahaczył o stacje orbitalne w kosmosie, raz przeszedł nawet przez kanał
porno holenderskiej telewizji kablowej. Po drodze wielokrotnie się
rozpraszał, biegnąc równolegle przez różne łącza. Ostatni odcinek
pokonał światłowodem pod dnem Morza Północnego.
Pierwszy pakiet informacji,
który dotarł do mieszkania c.#ka w Londynie, wysłał potwierdzenie do
Petersburga, że sprzęg jest możliwy. Wtedy mądry pad z hotelu Astoria
wyliczył opóźnienie transferu oraz przepustowość i podjął decyzję, żeby
wyprowadzić ze stanu hibernacji swój stacjonarny odpowiednik w
Londynie. Domowy doxer c.#ka był urządzeniem znacznie silniejszym.
Natychmiast zatwierdził poprawność atrybutów i szybko przejął kontrolę
nad lokalną jednostką. Wszystko to trwało niecałą sekundę. Nikt nie
słyszał tysięcy negocjacji i milionów kłótni w tajemniczym cyfrowym
świecie. Ale nawet gdyby ktoś to usłyszał, to i tak nic by z tego nic
nie zrozumiał, bo maszyny rozmawiały po swojemu. Ich język miał już
tyle dialektów i odmian, że nawet najlepiej opłacani programiści i
hakerzy często się w nim gubili.
– Zgłasza się Camel – Barwa
głosu zmieniła się. Lekko wibrujący baryton doxera budził zaufanie. –
Sprzęg pomyślny. Sieć dostępna. Witaj, Sidothaszek.
– Witaj, Camel – odparł c.#ek
– Są nowe wiadomości?
– Sprawdzam.
Mężczyzna obserwował bez
zainteresowania ekran, na którym obracała się staromodna skrzynka
pocztowa. Trójwymiarowy model miał znak British Royal Post na każdym
boku i kręcił się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Klawisze na padzie
schowały się, a na ich miejscu wyrósł nowy system przycisków.
– Brak nowych wiadomości –
zakomunikował doxer po jakimś czasie.
– OK, Camel. Teraz muszę coś
wpisać.
W odpowiedzi na ekranie
pojawiło się okno z migającym kursorem, a pad znów zmienił się w
klawiaturę. C.#ek wyciągnął z kieszeni ulotkę reklamową. Była trochę
zmiętoszona, więc zanim wprowadził adres, rozprostował ją kantem dłoni.
– Camel. Załaduj tę witrynę.
strona 3 z 4
|
|
|