Kontakt   

 NOWY GRACZ » FRAGMENTY
 
   2. O3 | PoPo 4 c.#ek  
 

strona [«][](3 z 4)[][»]     

 
 
 
 

 
Znieruchomiał ze szklanką w dłoni, a potem wolno odwrócił głowę.
– Skąd wiesz?
– No bo to jest reklama nowego urządzenia dla cukrzyków. To umie bezboleśnie wstrzykiwać jakąś im..., in..., suli..., sumi...
– Insulinę – sprostował i odetchnął.
– No przecież mówię. „O3” znaczy „Оденъ и Забудъ”, czyli załóż na rękę i zapomnij, że masz cukrzycę. Taki slogan. Zresztą wszystko możesz znaleźć w Sieci. O, tu jest adres. – Podała mu kopertę i spoważniała. – Czy to jest zaraźliwe, Henry?
– Nie. Absolutnie nie – zaśmiał się. – Dlaczego pytasz?
– No bo wtedy by były nici z naszej znajomości – zachichotała. – Wiesz, jak jest, Henry. Dziś trzeba uważać.
Nie odpowiedział. Jednym haustem dopił colę, a potem wziął ją za rękę i pociągnął w stronę sali. Gdy znaleźli się na parkiecie, objął ją w talii i przylgnął starczym ciałem do wystających piersi, a zaplecione z tyłu dłonie wbiły się w jej pośladki, jak szpony orła w miękką jagnięcinę. Później przycisnął ją mocno i wtulił głowę w przestrzeń między barkiem a szyją. Tańczyli. Irina była obojętna i lekko znudzona; on wręcz przeciwnie: zamknął oczy i chciwie wdychając zapach młodości, niezdarnie przestępował z nogi na nogę. Gdy piosenka się skończyła, odsunął ją, wziął za ręce i pożądliwie spojrzał w okrągłą twarz rosyjskiej chłopki.
– Idziemy do mnie.
Popatrzyła uważnie, jakby szacowała stopień jego napięcia, a potem wzięła się pod boki i nadąsała.
– Bez szampana nie idę.
– Dobrze, niech będzie i szampan. – Mężczyzna wyciągnął przed siebie ramiona, przylgnął do niej i zbliżył wargi do ucha. – No chodź. – Naparł delikatnie, ale ciągle stawiała opór.
– Szampan i dwie stówy – powiedziała hardo.
– OK, a teraz chodź.
Uległa. Trudno powiedzieć, czy sprawił to urok siwiejącego Angola z brzuszkiem i uwiądem starczym, czy też ważniejszą rolę odegrały bardziej przyziemne czynniki. W każdym razie poszła z nim.
– Nieźle mieszkasz – powiedziała kilka pięter wyżej, przekraczając próg. Weszła do środka i zatrzymała się przy skórzanej kozetce. – To chyba apartament prezydencki, co, Henry? Jeśli tak, jesteś najbogatszym lekarzem, jakiego znam.
– A co tam, Irina, stać mnie. – Mężczyzna zamknął drzwi na klucz i podszedł bliżej. – Młody już nie jestem, dzieci nie mam, to coś trzeba robić z pieniędzmi, no nie? Siadaj – Popchnął ją lekko, a sam usiadł na fotelu naprzeciw i zajął się szampanem stojącym w cebrzyku z lodem. Dziewczyna zachichotała i ciężko upadła na kanapę. Była już na lekkim rauszu. Przed oczami mignęły mu zakończenia pończoch i fragment majtek z białej koronki.
– No więc jesteś z Londynu, Henry? – zapytała, zdejmując buty.
– Tak.
– No i jak się udała konferencja?
– Jaka konferencja?
– No ta, od nerkochirurgów.
– Neurochirurgów – poprawił ją.
– Przecież mówię.
– W porządku, Irina, ale nie mówmy o pracy. Napij się jeszcze.– Podał jej kieliszek.
– A ty?
– Ja muszę liczyć procenty. Choroba nie wybiera.
– No to wypiję sama – zaśmiała się. – Na zdrowie.
– Na zdrowie, Irina. Mnie czekają dziś inne przyjemności, no nie? – Zatarł dłonie, podniósł się z fotela i usiadł obok niej. Nie oderwała jeszcze kieliszka od ust, gdy bezceremonialnie wsadził jej dłoń pomiędzy grube uda. Zacisnęły się automatycznie, ale dziewczyna nie broniła się specjalnie. Odstawiła puste naczynie na stolik i popatrzyła  na niego równie romantycznie co pień drewna na piłę tarczową.
– Aleś ty prędki.
– Masz rację. Za prędki. Idź się wykąp, a później uperfumuj i wymaluj. Tylko mocno.
– Jak dziwka, proszę pana? – Irina podciągnęła obydwie dłonie pod brodę, przybierając pozę króliczka robiącego stójkę i zatrzepotała rzęsami jak niewinna dziewczynka.
– Jak droga dziwka – zaśmiał się. – Ja muszę jeszcze coś załatwić. – Poufale klepnął ją w pośladek, a później wstał i podszedł do stolika. Obok cebrzyka z szampanem leżał przedmiot przypominający skórzaną teczkę na akta. Pad był grubości około centymetra i miał luksusową skórzaną oprawę. Mężczyzna podniósł go i ruszył do drugiego pokoju.
– Będę za kilka minut – rzucił za siebie, zamykając drzwi.
Pod oknem stało niewielkie biurko. Usiadł za nim, położył pada na blacie, a potem nalał sobie wody ze stojącej obok lampki karafki i wyciągnął z paczki camela. Przypalił go, zaciągnął się i dopiero wtedy podniósł wieko. Otwarty pad przypominał archaiczne laptopy. Na ekranie grubości tektury pojawiło się trójwymiarowe logo producenta sprzętu, ale dolna, pokryta gumowatą substancją powierzchnia była ciągle szara i płaska. Dźwięk pojawił się po kilku sekundach.
– Aktywacja startowa. –  Blaszany głos płynął z umieszczonych po obu stronach ekranu głośniczków, a z płaskiej powierzchni zaczęły się podnosić niewielkie zgrubienia w kształcie klawiszy. Rosnąc zmieniały barwę i kształt. Na szczycie każdego z nich pojawiła się niewielka niecka, a w niej litera, cyfra albo inny znak, i po chwili płaszczyzna doskonale imitowała staromodną klawiaturę komputera. Przycisków było jednak mniej i wystawały nie wyżej niż na dwa milimetry.
– System aktywny. Proszę się zalogować. – Na ekranie pojawiło się typowe okienko identyfikacyjne z miejscem na nazwę użytkownika i hasło. Mężczyzna położył dłonie na klawiaturze i wpisał „c.#ek”. Później przeszedł poziom niżej i z pamięci wstukał dziesięcioznakowe hasło.
– Witaj Sidothaszek.
– Witaj – odparł c.#ek. – Ktoś mnie szukał, czegoś chciał?
– Brak połączenia z Siecią.
Mężczyzna kiwnął automatycznie głową, jakby rozmawiał z człowiekiem, a potem sięgnął do kieszeni i wyciągnął komórkę. Odblokował ją i położył obok pada. Urządzenia natychmiast zaczęły się komunikować, co objawiało się migotaniem diody na górze telefonu i potokiem cyfr na ekranie.
– Połącz się z Camelem – powiedział.
Choć wyglądało to prosto, to gdzieś tam, w cyfrowym świecie, którego złożoności nie podejrzewała większość mieszkańców planety Ziemia, działo się bardzo wiele. Najpierw system operacyjny pada wydzierżawił kanał komunikacyjny od jednego z lokalnych operatorów telefonii komórkowej. Trochę się targował, ale w końcu zbił cenę, strasząc przejściem na łącze satelitarne. Później dziesiątki kolejnych maszyn, żonglując pakietami i taryfami, próbowały zestawić połączenie, przekazując sobie parametry i kłócąc się zawzięcie o każdy cent i bajt. Sygnał był kilka razy w powietrzu, dwukrotnie zahaczył o stacje orbitalne w kosmosie, raz przeszedł nawet przez kanał porno holenderskiej telewizji kablowej. Po drodze wielokrotnie się rozpraszał, biegnąc równolegle przez różne łącza. Ostatni odcinek pokonał światłowodem pod dnem Morza Północnego.
Pierwszy pakiet informacji, który dotarł do mieszkania c.#ka w Londynie, wysłał potwierdzenie do Petersburga, że sprzęg jest możliwy. Wtedy mądry pad z hotelu Astoria wyliczył opóźnienie transferu oraz przepustowość i podjął decyzję, żeby wyprowadzić ze stanu hibernacji swój stacjonarny odpowiednik w Londynie. Domowy doxer c.#ka był urządzeniem znacznie silniejszym. Natychmiast zatwierdził poprawność atrybutów i szybko przejął kontrolę nad lokalną jednostką. Wszystko to trwało niecałą sekundę. Nikt nie słyszał tysięcy negocjacji i milionów kłótni w tajemniczym cyfrowym świecie. Ale nawet gdyby ktoś to usłyszał, to i tak nic by z tego nic nie zrozumiał, bo maszyny rozmawiały po swojemu. Ich język miał już tyle dialektów i odmian, że nawet najlepiej opłacani programiści i hakerzy często się w nim gubili.
– Zgłasza się Camel – Barwa głosu zmieniła się. Lekko wibrujący baryton doxera budził zaufanie. – Sprzęg pomyślny. Sieć dostępna. Witaj, Sidothaszek.
– Witaj, Camel – odparł c.#ek – Są nowe wiadomości?
– Sprawdzam.
Mężczyzna obserwował bez zainteresowania ekran, na którym obracała się staromodna skrzynka pocztowa. Trójwymiarowy model miał znak British Royal Post na każdym boku i kręcił się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Klawisze na padzie schowały się, a na ich miejscu wyrósł nowy system przycisków.
– Brak nowych wiadomości – zakomunikował doxer po jakimś czasie.
– OK, Camel. Teraz muszę coś wpisać.
W odpowiedzi na ekranie pojawiło się okno z migającym kursorem, a pad znów zmienił się w klawiaturę. C.#ek wyciągnął z kieszeni ulotkę reklamową. Była trochę zmiętoszona, więc zanim wprowadził adres, rozprostował ją kantem dłoni.
– Camel. Załaduj tę witrynę.

[ na górę strony ]

< strona 3 z 4 >

   

Copyright © 2004 - 2008 by Eryk Algo. Wszelkie prawa zastrzeżone.  
Wykorzystywanie materiałów z tej strony tylko za wyraźną zgodą autora.